listopada 24, 2024

"Cieszę się, że moja mama umarła" Jennette McCurdy | Recenzja

"Cieszę się, że moja mama umarła" Jennette McCurdy | Recenzja

Hej! 

Wśród wszystkich książek, które czytałam, zdecydowanie królują thrillery. Lubię mroczne historie, dramaty i sprawy detektywistyczne, ale czasem zdarzy się, że sięgnę po coś innego. W ostatnim czasie padło na opowieść biograficzną Jennette McCurdy "Cieszę się, że moja mama umarła". Może nawet nie tyle jest to biografia, ile pamiętnik autorki o tym, jak wyglądała jej kariera autorska z własnej perspektywy. Jeśli wychowaliście się na Disney Channel i Nickelodeon, z pewnością znacie Jennette z takich seriali, jak "iCarly" czy "Sam i Cat". Sama jako dziecko obejrzałam kilka odcinków obu pozycji, więc zainteresowałam się przedstawioną przez aktorkę historią. A dlaczego właściwie książka ma taki, a nie inny tytuł?


W dużym skrócie - Jennette McCurdy w swojej książce opowiada o tym, jak jej matka pomogła w osiągnięciu kariery, lecz za cenę zdrowia fizycznego i psychicznego córki. Mała Jennette wcale nie marzyła o tym, aby zostać aktorką. Chciała być pisarką, ale ten plan na przyszłość nie przemawiał do jej mamy Debry. Jennette w książce opisuje kolejne granice, jakie przekraczała, aby zaistnieć w świecie filmowym. Debra liczyła spożywane przez córkę kalorie, ważyła ją pięć razy dziennie czy kąpała aż do 16. roku życia. Tego typu działania miały sprawić, że Jennette m.in. otrzyma więcej dziecięcych ról. Jej własna matka przyczyniła się do opóźnienia procesu dojrzewania, rozwoju anoreksji, a w późniejszym życiu bulimii, alkoholizmu oraz problemów damsko-męskich. Świadomość, że Debra wywiera negatywny wpływ na zdrowie córki, pojawiła się o wiele za późno. Jennette zdecydowała się na terapię dopiero w dorosłości, rzuciła w końcu aktorstwo i zaczęła pisać. W ten sposób właśnie powstała jej pierwsza książka. 

Historia zrobiła na mnie duże wrażenie, no bo kto by mógł pomyśleć, że światowej sławy aktorka zmagała się z tyloma problemami? Przecież jej mama była kluczem do osiągnięcia kariery. Każdy chciałby wziąć udział w tak popularnych produkcjach. Nikt do tej pory nie wiedział jednak, że sukces Jennette był osiągnięty kosztem m.in. zaburzeń odżywiania. Dziewczynka wierzyła, iż wszystko, co robi, jest dla niej dobre i w ten sposób spełnia marzenia mamy, którą bezgranicznie kocha. Aż trudno uwierzyć w to, że aktorka na przestrzeni lat, z powodu nieodpowiednich pobudek swojej matki, musiała zmierzyć walkę z różnymi dolegliwościami fizycznym i psychicznymi. Na dodatek Derba chorowała na raka, a przy każdej możliwej okazji wykorzystywała swoją przypadłość, używając jej także do manipulacji własną córką. 


Książka chwyta za serce, przede wszystkim pokazując, że nie zawsze jest tak kolorowo jak w młodzieżowym serialu. Przedstawia również, w jaki sposób mogą objawiać się zaburzenia odżywiania. Oprócz tego zdradza rąbek tajemnicy świata filmowego - do czego są w stanie dopuszczać się np. producenci? Ja daję książce mocne 10/10. Jennette zdecydowanie powinna rozwijać swoją pasję do pisania. Dzięki tej historii przybrałam też zupełnie inny stosunek do niektórych kwestii, jednocześnie uświadamiając sobie, że nasze codzienne sprawy są naprawdę błahe. 

Jeśli jako dzieci oglądaliście "iCarly" czy "Sam i Cat", zdecydowanie powinniście przeczytać tę książkę! A może już to zrobiliście?

Do następnego!

listopada 10, 2024

Madera, czyli tydzień rajskiego życia | Fotorelacja z podróży

Madera, czyli tydzień rajskiego życia | Fotorelacja z podróży

Hej! 

Choć minęły już dwa miesiące od moich wakacji na Maderze, postanowiłam w końcu je zrelacjonować. Trudno ukryć, że jest to najpiękniejsze miejsce, w którym do tej pory byłam. Madera marzyła mi się już od jakiegoś czasu i razem z narzeczonym stwierdziliśmy, iż nie ma co zwlekać - 2 tygodnie szybciej zabookowaliśmy loty i nocleg, aby później móc spełniać swoje marzenia. Szczerze przyznaję, że żadne miejsce nie zrobiło nam mnie tak dużego wrażenia jak właśnie ta wyspa. Nigdy wcześniej nie byłam też tak daleko od Polski, więc dawka ekscytacji była podwójna.

Jako że jesteśmy dość wygodni, nie działaliśmy na własną rękę, a zarezerwowaliśmy wakacje przez biuro podróży. Dla nas jest to też gwarancja bezpieczeństwa oraz mniejszy stres związany m.in. z transferem z lotniska i na lotnisko. Oczywiście, gdyby samodzielnie wyszukiwać lotów oraz noclegu, moglibyśmy zaoszczędzić pieniądze, ale taka "zabawa" nie jest dla nas. Na wakacjach zależy nam na komforcie, wyłączeniu umysłu, a tym samym skupieniu się wyłącznie na tym, co chcemy zobaczyć. Wybraliśmy opcję z dwoma posiłkami - śniadaniem i kolacją, dlatego cały dzień mieliśmy na zwiedzanie wyspy. W przypadku Madery najbardziej polecanym rozwiązaniem jest wypożyczenie auta. Komunikacja miejska istnieje, ale nie dowiezie nas niestety wszędzie tam, gdzie byśmy chcieli. Auto to ponownie swoboda, a poza tym jego koszt nie okazał się aż tak duży, jak się na to nastawialiśmy. Wypożyczenie samochodu na 5 dni kosztowało nas lekko ponad 200 euro, a paliwo około 55 euro. W tym czasie zdążyliśmy obejrzeć wyspę z każdej możliwej strony. Pozostałe dwa dni wygospodarowaliśmy na wypoczynek w hotelu oraz spacerowanie po Funchal, w którym się zatrzymaliśmy. 

Nie chcę szczegółowo opisywać każdego zwiedzonego przez nas miejsca, zatem pokrótce omówię to, co najbardziej opłaca się zobaczyć. Przede wszystkim jest to Półwysep św. Wawrzyńca. To najdalej wysunięte miejsce na wschodnim wybrzeżu wyspy. Przez półwysep prowadzi przyjemny szlak, a na każdym kroku można podziwiać zachwycające widoki na ocean. To, co wyróżnia tę lokalizację, to także szata roślinna, a w zasadzie jej brak. Półwysep przypomina pustynny klimat, zwłaszcza jeśli trafimy na słoneczną pogodę. Nie brakuje tutaj również małych jaszczurek, a przy finiszu wycieczki można dodatkowo zdecydować się na przepłynięcie kajakiem. W drodze powrotnej zahaczyliśmy też o niedużą, kamienistą plażę, ale trzeba przyznać, że kąpanie się w wodzie było szczególnie utrudnione. Na Półwysep św. Wawrzyńca warto przeznaczyć większą część dnia, a na szlaku zaleca się być już w godzinach porannych ze względu na korki i brak możliwości zaparkowania samochodu. Okazuje się zatem, że z jednej strony auto jest sporym luksusem na Maderze, lecz z drugiej występuje tutaj powszechny problem z miejscami parkingowymi (najczęściej parkuje się po prostu na uboczu ulicy).






Obowiązkowym punktem wycieczki na Maderze jest także Cascata dos Anjos. To przepiękny wodospad, który spada dosłownie na ulicę - można wziąć w nim prysznic lub przejechać się pod nim samochodem (niby występuje zakaz wjazdu, lecz większość turystów i tak go łamie). My nie trafiliśmy na większe tłumy, ale popełniliśmy ten błąd, że pod wodospad weszliśmy w butach, które oczywiście przemoknęły do suchej nitki (a później wybraliśmy się w tych mokrych butach w góry). Mimo wszystko Cascata dos Anjos to jedna z najlepszych miejscówek na zrobienie imponującego, instagramowego zdjęcia. 



żałuję, że te zdjęcia mają tutaj gorszą jakość (blogger ewidentnie coś zepsuł)

Madera słynie przede wszystkim z wielu górskich szlaków, więc ten, kto nie przepada za długimi spacerami, ma ograniczone możliwości rozrywkowe. My raczej nie przepadamy za typowymi wakacjami all inclusive, dlatego też ta wyspa tak bardzo nas przyciągnęła. Poza szlakiem na Półwyspie św. Wawrzyńca warto przemierzyć szlak 25 źródeł (Levada das 25 Fontes) czy oczywiście najbardziej popularną trasę PR1 (Verada do Areeiro). Jeżeli kiedykolwiek widzieliście zapierające dech w piersiach fotografie z gór Madery, to z pewnością była to właśnie ta druga lokalizacja. Już wjeżdżając autem na parking znajdujący się pod szczytem Pico Areeiro można oglądać przepiękne widoki znad chmur. Minus jest jednak taki, że we wrześniu, kiedy byliśmy na Maderze, wiele szlaków, a w tym większa część PR1, była zamknięta m.in. ze względu na mające tam wcześniej miejsce pożary lasów. Trasa z Pico Areeiro kończyła się na słynnych "schodach do nieba", gdzie naturalnie nie obyło się bez zdjęć. Warto zobaczyć chociażby ten kawałek szlaku - widoki wynagradzają cały wysiłek włożony we wspinaczkę! 








A oto schody do nieba (dosłownie)

Kolejnym punktem naszej podróży był las Fanal.  To naprawdę tajemnicze miejsce, wyjęte niczym z jakiegoś filmu, horroru. Jest spojone gęstą mgłą, przez co widok sięga na 10 metrów. Oczywiście wszystko zależy od aktualnej pogody, ale najlepsze wrażenie las wywołuje właśnie w takim klimacie. Co ciekawe, to najstarszy las wawrzynowy na Maderze, wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Fanal jest również lokalizacją, do której możemy dotrzeć jedynie autem, więc jeśli nie chcemy pominąć tej atrakcji, warto rozważyć wynajem samochodu. Na wyspie koniecznie także trzeba odwiedzić Seixal Beach położone na północnym wybrzeżu. To kolejny idealny spot na instagramową fotkę. Czarny piasek, duże fale i zielone klify zapewniają przepiękny efekt w aparacie. Na żywo oczywiście wygląda to jeszcze bardziej zachwycająco. 

Aż trudno uwierzyć, że te wszystkie lokalizacje znajdują się na jednej wyspie. Madera to jednak spora zagadka pod kątem pogody - kiedy na południu praży i świeci silne słońce, na północy oraz w górach może mieć miejsce intensywna ulewa, a temperatura zmienić się nawet o 10 stopni. Trudno zaprzeczyć, że w tej kwestii trzeba mieć duże szczęście, ale zawsze można też śledzić aktualną pogodę na kamerkach internetowych. My na Seixal Beach byliśmy aż dwa razy, ponieważ za pierwszym razem było zimno i szybko się rozpadało. Gdy tylko zauważyliśmy, że świeci słońce, nie czekaliśmy i ruszyliśmy. W piękną pogodę plaża jest zapełniona - można się nie tylko poopalać, ale też poskakać przez fale (są naprawdę duże!). To także świetna lokalizacja do surfowania, ale nie wiem, jak kwestia ta prezentuje się w przypadku turystów. 






Od razu obok Pico Areeiro i Seixal Beach największe wrażenie zrobiła na mnie "plaża" Faja dos Padres. Dlaczego nazywam ją "plażą"? Ponieważ w istocie jest to betonowe molo, na którym można rozłożyć swój ręcznik lub wypożyczyć leżak. Nie brzmi to kusząco, ale uwierzcie mi, że byłam zachwycona pięknem tego miejsca. Bezkresny ocean oraz wysokie klify były czymś, na co mogłam patrzeć godzinami. Co też najlepsze, do tego miejsca można było dostać się jedynie najbardziej stromą kolejką, jaką kiedykolwiek jechałam. Przejazd był płatny, ale zdecydowanie tego warty! Cieszę się, że w końcu się zdecydowaliśmy odwiedzić tę "plażę". Na początku sami mieliśmy wątpliwości, czy opłaca się wydawać 12 euro na kolejkę. Jeżeli kiedykolwiek będziecie na Maderze, to wiedzcie, że warto. Na dodatek na molo przechodzi się przez przepiękny ogród, w którym rosną głównie bananowce. Na miejscu znajduje się również knajpka - my zdecydowaliśmy się wypić maderański poncz (bardzo dobry). No i na końcu najlepsze, czyli pływanie w oceanie na głębokości 7 m! Mówię Wam, że widziałam na tej głębokości dno, tak czysta woda tam była. Na początku nie mogłam się też przekonać do wypłynięcia, bo bałam się o poślizgnięcie ze schodków, które prowadziły do wody. Ale tutaj ponownie cieszę się, że to zrobiłam - pływanie w takim miejscu to niesamowite przeżycie...







Zmierzając już (a może dopiero, haha) ku końcowi, warto też wspomnieć o naturalnych basenach w Porto Moniz. Na Maderze jest niestety mało miejsc, gdzie można poleżeć i się poopalać, ale za to jest nieco więcej tych, gdzie po prostu można popływać. W naszym przypadku jednak pogoda była nietrafna, a woda zimna, dlatego baseny odhaczyliśmy dosłownie w godzinę. W Porto Moniz są dwie lokalizacje z basenami - nie potrafię określić, na której byliśmy my, ale tylko zaznaczę, że nie ucieszą osób niepotrafiących pływać. Baseny są dość głębokie i nawet mój narzeczony nie sięgał gruntu. Lecz widoki ponownie zachwycające. To prawdziwa przyjemność pływać i jednocześnie je podziwiać.



Ostatnim miejscem pod moją lupą będzie Funchal, czyli miasto, w którym się zatrzymaliśmy, ale które jest także stolicą oraz sercem Madery. Oczywiście Funchal w niczym nie przypomina europejskich stolic, nie jest tak duże, ale nie oznacza to, że nie posiada niczego do zaoferowania. To urokliwa miejscowość, szczególnie piękna nocą - z naszego balkonu hotelowego rozciągała się wspaniała panorama miasta. Wieczorami lubiliśmy na nim przesiadywać, a na dodatek słuchać muzyki z położonego obok kasyna. Wracając jednak do samych atrakcji, Funchal poświęciliśmy tak naprawdę niecały dzień. Po przylocie zaliczyliśmy krótki spacer wzdłuż brzegu i molo, a ostatniej doby odwiedziliśmy centrum. Najlepszym punktem miasta jest chyba Mercado dos Lavradores, czyli targ z pamiątkami, lokalnymi specjałami oraz owocami. Odwiedzając to miejsce, należy jednak uważać na natarczywych sprzedawców, którzy niepozornie oferują nam do degustacji kolejne owoce (w końcu może okazać się, że jesteśmy im winni pieniędzy za to, co zjedliśmy). W Funchal skosztowaliśmy też tradycyjnej potrawy, jaką jest ryba z bananem. Nie powiem, ciekawe połączenie, dobre, bardzo słodkie, ale drugi raz bym się nie zdecydowała. 







Chciałam, żeby ten wpis był krótszy, ale jak widzicie, opowiadając o Maderze, nie jest to osiągalne. To zdecydowanie najpiękniejsze miejsce, w jakim byłam i kiedyś na pewno tam wrócę! Choć bywały godziny, gdzie pogoda faktycznie nie dopisywała, to w ogólnej mierze mogę powiedzieć, że mieliśmy farta. Na Maderze da się opalić, nawet jeśli klimatem nie przypomina Wysp Kanaryjskich. Wrzesień to chyba też najlepszy miesiąc na odwiedzienie tej wyspy pod kątem pogody, cen oraz ilości turystów. Należy jednak nastawić się, że Madera wypadnie drożej niż wakacje w Turcji, Egipcie czy Grecji. Ja zapewniam Was, że jest warta każdego grosza. To w końcu nasze europejskie hawaje!

Byliście kiedyś na Maderze? A może po tym wpisie macie ochotę ją odwiedzić? 

Do następnego!

Copyright © Zofia Adam , Blogger