Obowiązkowym punktem wycieczki na Maderze jest także Cascata dos Anjos. To przepiękny wodospad, który spada dosłownie na ulicę - można wziąć w nim prysznic lub przejechać się pod nim samochodem (niby występuje zakaz wjazdu, lecz większość turystów i tak go łamie). My nie trafiliśmy na większe tłumy, ale popełniliśmy ten błąd, że pod wodospad weszliśmy w butach, które oczywiście przemoknęły do suchej nitki (a później wybraliśmy się w tych mokrych butach w góry). Mimo wszystko Cascata dos Anjos to jedna z najlepszych miejscówek na zrobienie imponującego, instagramowego zdjęcia.
żałuję, że te zdjęcia mają tutaj gorszą jakość (blogger ewidentnie coś zepsuł)
Madera słynie przede wszystkim z wielu górskich szlaków, więc ten, kto nie przepada za długimi spacerami, ma ograniczone możliwości rozrywkowe. My raczej nie przepadamy za typowymi wakacjami all inclusive, dlatego też ta wyspa tak bardzo nas przyciągnęła. Poza szlakiem na Półwyspie św. Wawrzyńca warto przemierzyć szlak 25 źródeł (
Levada das 25 Fontes) czy oczywiście najbardziej popularną trasę
PR1 (
Verada do Areeiro). Jeżeli kiedykolwiek widzieliście zapierające dech w piersiach fotografie z gór Madery, to z pewnością była to właśnie ta druga lokalizacja. Już wjeżdżając autem na parking znajdujący się pod szczytem
Pico Areeiro można oglądać przepiękne widoki znad chmur. Minus jest jednak taki, że we wrześniu, kiedy byliśmy na Maderze, wiele szlaków, a w tym większa część PR1, była zamknięta m.in. ze względu na mające tam wcześniej miejsce pożary lasów. Trasa z Pico Areeiro kończyła się na słynnych "schodach do nieba", gdzie naturalnie nie obyło się bez zdjęć. Warto zobaczyć chociażby ten kawałek szlaku - widoki wynagradzają cały wysiłek włożony we wspinaczkę!







A oto schody do nieba (dosłownie)
Kolejnym punktem naszej podróży był las Fanal. To naprawdę tajemnicze miejsce, wyjęte niczym z jakiegoś filmu, horroru. Jest spojone gęstą mgłą, przez co widok sięga na 10 metrów. Oczywiście wszystko zależy od aktualnej pogody, ale najlepsze wrażenie las wywołuje właśnie w takim klimacie. Co ciekawe, to najstarszy las wawrzynowy na Maderze, wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Fanal jest również lokalizacją, do której możemy dotrzeć jedynie autem, więc jeśli nie chcemy pominąć tej atrakcji, warto rozważyć wynajem samochodu. Na wyspie koniecznie także trzeba odwiedzić Seixal Beach położone na północnym wybrzeżu. To kolejny idealny spot na instagramową fotkę. Czarny piasek, duże fale i zielone klify zapewniają przepiękny efekt w aparacie. Na żywo oczywiście wygląda to jeszcze bardziej zachwycająco.
Aż trudno uwierzyć, że te wszystkie lokalizacje znajdują się na jednej wyspie. Madera to jednak spora zagadka pod kątem pogody - kiedy na południu praży i świeci silne słońce, na północy oraz w górach może mieć miejsce intensywna ulewa, a temperatura zmienić się nawet o 10 stopni. Trudno zaprzeczyć, że w tej kwestii trzeba mieć duże szczęście, ale zawsze można też śledzić aktualną pogodę na kamerkach internetowych. My na Seixal Beach byliśmy aż dwa razy, ponieważ za pierwszym razem było zimno i szybko się rozpadało. Gdy tylko zauważyliśmy, że świeci słońce, nie czekaliśmy i ruszyliśmy. W piękną pogodę plaża jest zapełniona - można się nie tylko poopalać, ale też poskakać przez fale (są naprawdę duże!). To także świetna lokalizacja do surfowania, ale nie wiem, jak kwestia ta prezentuje się w przypadku turystów.





Od razu obok Pico Areeiro i Seixal Beach największe wrażenie zrobiła na mnie "plaża" Faja dos Padres. Dlaczego nazywam ją "plażą"? Ponieważ w istocie jest to betonowe molo, na którym można rozłożyć swój ręcznik lub wypożyczyć leżak. Nie brzmi to kusząco, ale uwierzcie mi, że byłam zachwycona pięknem tego miejsca. Bezkresny ocean oraz wysokie klify były czymś, na co mogłam patrzeć godzinami. Co też najlepsze, do tego miejsca można było dostać się jedynie najbardziej stromą kolejką, jaką kiedykolwiek jechałam. Przejazd był płatny, ale zdecydowanie tego warty! Cieszę się, że w końcu się zdecydowaliśmy odwiedzić tę "plażę". Na początku sami mieliśmy wątpliwości, czy opłaca się wydawać 12 euro na kolejkę. Jeżeli kiedykolwiek będziecie na Maderze, to wiedzcie, że warto. Na dodatek na molo przechodzi się przez przepiękny ogród, w którym rosną głównie bananowce. Na miejscu znajduje się również knajpka - my zdecydowaliśmy się wypić maderański poncz (bardzo dobry). No i na końcu najlepsze, czyli pływanie w oceanie na głębokości 7 m! Mówię Wam, że widziałam na tej głębokości dno, tak czysta woda tam była. Na początku nie mogłam się też przekonać do wypłynięcia, bo bałam się o poślizgnięcie ze schodków, które prowadziły do wody. Ale tutaj ponownie cieszę się, że to zrobiłam - pływanie w takim miejscu to niesamowite przeżycie...






Zmierzając już (a może dopiero, haha) ku końcowi, warto też wspomnieć o naturalnych basenach w Porto Moniz. Na Maderze jest niestety mało miejsc, gdzie można poleżeć i się poopalać, ale za to jest nieco więcej tych, gdzie po prostu można popływać. W naszym przypadku jednak pogoda była nietrafna, a woda zimna, dlatego baseny odhaczyliśmy dosłownie w godzinę. W Porto Moniz są dwie lokalizacje z basenami - nie potrafię określić, na której byliśmy my, ale tylko zaznaczę, że nie ucieszą osób niepotrafiących pływać. Baseny są dość głębokie i nawet mój narzeczony nie sięgał gruntu. Lecz widoki ponownie zachwycające. To prawdziwa przyjemność pływać i jednocześnie je podziwiać.


Ostatnim miejscem pod moją lupą będzie Funchal, czyli miasto, w którym się zatrzymaliśmy, ale które jest także stolicą oraz sercem Madery. Oczywiście Funchal w niczym nie przypomina europejskich stolic, nie jest tak duże, ale nie oznacza to, że nie posiada niczego do zaoferowania. To urokliwa miejscowość, szczególnie piękna nocą - z naszego balkonu hotelowego rozciągała się wspaniała panorama miasta. Wieczorami lubiliśmy na nim przesiadywać, a na dodatek słuchać muzyki z położonego obok kasyna. Wracając jednak do samych atrakcji, Funchal poświęciliśmy tak naprawdę niecały dzień. Po przylocie zaliczyliśmy krótki spacer wzdłuż brzegu i molo, a ostatniej doby odwiedziliśmy centrum. Najlepszym punktem miasta jest chyba Mercado dos Lavradores, czyli targ z pamiątkami, lokalnymi specjałami oraz owocami. Odwiedzając to miejsce, należy jednak uważać na natarczywych sprzedawców, którzy niepozornie oferują nam do degustacji kolejne owoce (w końcu może okazać się, że jesteśmy im winni pieniędzy za to, co zjedliśmy). W Funchal skosztowaliśmy też tradycyjnej potrawy, jaką jest ryba z bananem. Nie powiem, ciekawe połączenie, dobre, bardzo słodkie, ale drugi raz bym się nie zdecydowała.






Chciałam, żeby ten wpis był krótszy, ale jak widzicie, opowiadając o Maderze, nie jest to osiągalne. To zdecydowanie najpiękniejsze miejsce, w jakim byłam i kiedyś na pewno tam wrócę! Choć bywały godziny, gdzie pogoda faktycznie nie dopisywała, to w ogólnej mierze mogę powiedzieć, że mieliśmy farta. Na Maderze da się opalić, nawet jeśli klimatem nie przypomina Wysp Kanaryjskich. Wrzesień to chyba też najlepszy miesiąc na odwiedzienie tej wyspy pod kątem pogody, cen oraz ilości turystów. Należy jednak nastawić się, że Madera wypadnie drożej niż wakacje w Turcji, Egipcie czy Grecji. Ja zapewniam Was, że jest warta każdego grosza. To w końcu nasze europejskie hawaje!
Byliście kiedyś na Maderze? A może po tym wpisie macie ochotę ją odwiedzić?
Do następnego!